Relacja, Różności

Mikołaj Darmosz – Beskidy MTB Trophy 2016 – Dzień 4

„W nogach i głowach 3 dni jazdy po górach. Powoli dopada nas myśl, co zrobimy jak następnego dnia nie będzie startu o godzinie 9 a przed nami nie zostanie postawiony jakiś odległy cel. Najgorzej jest wstać z wyra, później już to idzie. Pomocne w odgonieniu wątpliwości kłębiących się w głowie jest skupienie się na dzisiejszej trasie. Ponad 2900m przewyższeń, czwarty dzień, nocne opady deszczu – będzie ciekawie. Po śniadaniu jeszcze ostatnie chwile luzowania. Zastosowaliśmy nowatorską innowacyjną metodę pobudzania mięśni nóg – opracowaną przez zespół powołany przez ministra ds. obrony narodowej Antoniego dla przygotowania odpowiedzi na tajne eksperymenty armii amerykańskiej – a mianowicie uderzeniową dawkę dźwięków tworzonych przez Zenka Martyniuka. Efekt był porażający. No to ruszyliśmy na ostatni etap tegorocznego trofiego. Początek łagodnie, ale co raz bardziej w górę w stronę Wisły Czarne. Zjazd do samej rzeki był – przynajmniej dla mnie – wyjątkowo trudny. Stawka jeszcze się nie rozciągnęła, nachylenie znaczne, a sama ścieżka to błotna zupa przyprawiona kamieniami i korzonkami. Większość zszedłem. Fajny kawałek wzdłuż rzeki, myk przez kładkę i sztajfa w górę. Tutaj już zawodnicy nie tworzyli gęstego różańca, a linię rzadko przetykaną paciorkami. Pomimo wszystko była okazja, żeby pogadać z Żenią z Moskwy i z poznanymi wcześniej holendrami. Czas płynął a myśmy pokonywali kolejne zęby profilu naklejonego na mapie. W okolicy przełęczy Kotarz parę fajnych singli korzenno kamiennych, sam mjut. Bufet, na którym podsłyszałem info o zawodniku któremu „rozpiął się” obojczyk. Zjazd prostą pożarówką przecinaną mokrymi belkami służącymi do odwodnienia. Celownik ustawiony na Klimczok i znów pniemy się po szlaku. Na tym etapie to wyprzedzałem, to zaś byłem wyprzedzany przez zawodnika na jedynym rowerze marki na „M”, który wzbudza we mnie zainteresowanie – model 96. Okazało się, że to John z Oxford’u. Niemal do samej mety jechaliśmy razem, a John okazał się świetnym kompanem. Gadaliśmy sporo i wzajemnie żeśmy się wspomagali. Usłyszałem od niego wiele komplementów dotyczących polskich Beskidów, trasy, ludzi, wyścigu. Gość zdecydowanie nie nadużywał hamulców na zjazdach – Yeaahhh. Klimczok zdobyty, teraz Błatnia a z niej w dół do Brennej. Speed!!! Give me what I need! To był bardzo szybki odcinek, kamienie leciały spod kół, rower wierzgał ale frajda była niesamowita. Z Brennej w stronę Salmopolu a stamtąd na Malinowskie. Tutaj było dużo z buta. Muszę przyznać, że na podjazdach nie cisnąłem na wszelką cenę tego dnia chciałem dotrwać. Wszystko zmienił podjazd pod Zameczek. Dobrze znany asfaltowy kawałek. Wjechaliśmy razem z Johnem napędzając się wzajemnie. Początkowo jechaliśmy ekonomicznie ale później zaczęliśmy mocniej przyspieszać, a końcówka była naprawdę dramatyczna. Z Kubalonki w zasadzie same zjazdy. Tuż przed metą w samej Istebnej bagnisty kawałek. Napęd smarowany błotną mazią, kwas w nogach, mostek, zakręt, ogień w korby – dojechałem. Na mecie John był przede mną. Uścisk dłoni i obiecujemy sobie że spotkamy się za rok. Udało się wytrzymał sprzęt, ja wytrzymałem. Na koniec chciałem podziękować (Turbo)Robertowi za …wszystko. Robert jesteś wielki!”

IMAG1237